Czekolada
Czekolada читать книгу онлайн
Do ma?ej mie?ciny na francuskiej prowincji, gdzie czas si? zatrzyma?, przyje?d?a tajemnicza m?oda i pi?kna kobieta z c?reczk?. Mieszka?cy Lansquenet ze zdumieniem obserwuj?, jak Vianne z Anouk odnawiaj? star? piekarni? na rynku, by urz?dzi? tam sklep z czekolad?. W dniu otwarcia w?a?cicielka ofiarowuje zagl?daj?cym do niej ciekawskim takie s?odycze, jakie ka?dy z nich lubi najbardziej, jak gdyby zna?a ich najskrytsze my?li i pragnienia. Czy?by ta dziwna kobieta by?a czarownic??
Dla wielu mieszka?c?w miasteczka przyjazd Vianne jest prawdziwym darem losu, ale s? i tacy, kt?rzy zrobi? wszystko, by opu?ci?a Lansquenet. Zbli?a si? Wielkanoc i Vianne zamierza urz?dzi? dla dzieci "festiwal czekolady", lecz jej wrogowie za wszelk? cen? chc? jej w tym przeszkodzi?…
Внимание! Книга может содержать контент только для совершеннолетних. Для несовершеннолетних чтение данного контента СТРОГО ЗАПРЕЩЕНО! Если в книге присутствует наличие пропаганды ЛГБТ и другого, запрещенного контента - просьба написать на почту [email protected] для удаления материала
Wyglądam przed dom.
– On, zdaje się, przyjechał z połową Lansquenet – zauważyłam. W samochodzie – niebieskim citroenie – pełno ludzi. Jest doktor, blady w ciemnobrązowym garniturze, są stłoczeni na tylnym siedzeniu: Caroline Clairmont, jej przyjaciółka Joline i Reynaud. Na przednim siedzeniu wyraźnie nieswój Georges Clairmont, przeciwny tej wyprawie, ale potulny. Drzwiczki samochodu trzaskają, nagły gwar i gniewny piskliwy głos Caroline.
– Mówiłam jej. No czy nie mówiłam, Georges? Nikt nie może mi zarzucić, że nie jestem dobrą córką, żyły sobie wypruwam dla niej i proszę, jak ona…
Szybkie kroki na kamieniach, potem kakofonia głosów, kiedy nieproszeni goście wchodzą do domu frontowymi drzwiami.
– Maman? Maman? Spokojnie, kochanie, to ja!
– Tędy, monsieur Cussonnet, tędy do… ach, pan tu już był przecież.
– Ojej, tyle razy jej mówiłam… nie ulegało wątpliwości, że coś takiego się stanie… Georges słabo protestuje.
– Caro, naprawdę myślisz, kotku, że powinniśmy się wtrącać? To znaczy, może niech doktor sam się tym zajmie? Wiesz?…
– W każdym razie zastanawiające, co on robił w jej domu… – odezwała się chłodno Joline.
– …powinien był przyjść do mnie… -rzekł prawie nie-dosłyszalnie Reynaud.
Czuję, jak Roux sztywnieje jeszcze przed ich wkroczeniem do pokoju, i rozgląda się szybko, którędy wyjść. Ale już za późno. Wchodzą. Najpierw Caroline i Joline w bliźniakach i szalikach od Hermesa, uczesane w nieskazitelne koczki, za nimi Clairmont w ciemnym ubraniu i krawacie – niezwykłe w powszedni dzień zawiadywania składem drewna. Czyżby żonka kazała mu przebrać się na tę okazję? – potem doktor i ksiądz. Jak w scenie z melodramatu wszyscy przy drzwiach nieruchomieją, na ich twarzach maluje się zgorszenie, uprzejmość, poczucie winy, rozżalenie, furia. Roux z ręką zabandażowaną patrzy na nich bezczelnie spod wilgotnych opadających mu na oczy włosów, ja w pomarańczowej spódnicy zabłoconej po biegu do Les Marauds stoję przed nim, Armande, blada, ale spokojna kołysze się wesoło w fotelu na biegunach. Czarne jej oczy błyskają złośliwością, podnosi rękę, zginając palec jak Baba-Jaga.
– Więc już są tutaj sępy – mówi groźnie. – Uwinęliście się raz-dwa. – Rzuca bystre jadowite spojrzenie na Reynauda, zamykającego tyły tej delegacji. – Myślałeś, Francis, że wreszcie będziesz miał swoją szansę, co? Myślałeś, że szybko zdążysz podrzucić parę błogosławieństw, dopóki nie jestem compos menti? – Prezentuje swój najbardziej wulgarny chichot. – Niedobrze, Francis, jeszcze nie jestem gotowa do ostatnich obrzędów.
– Na to wygląda – mówi cierpko Reynaud i rzuca szybkie spojrzenie w moją stronę. – To szczęśliwie, że made-moiselle Rocher jest tak… obeznana… z zastrzykami. -Jest w tych słowach wyraźna aluzja.
Caroline stoi sztywno z twarzą jak uśmiechnięta maska żalu.
– Maman, cherie, widzisz, co się dzieje, kiedy jesteś
zdana na siebie. Wszystkich przeraziłaś! – Armande słucha znudzona. – Wszystkich poderwałaś tym razem, wytrąciłaś ludzi z… – Armande z roztargnieniem głaszcze Lari-flette, która właśnie wskoczyła jej na kolana. – Teraz,; maman, rozumiesz, dlaczego my ci wciąż powtarzamy…
– Że lepiej mi będzie w Le Mortoir? – kończy Armande. – Rzeczywiście, Caro, nie rezygnujesz, co? Wykapany ojciec. Głupia, ale wytrwała. Wytrwałość to była jedna z najmilszych cech jego charakteru.
Caro jest rozdrażniona.
– Nie Le Mortoir, tylko Les Mimosas i gdybyś tylko |tam się rozejrzała…
– Jedzenie przez rurkę, ktoś zawsze zaprowadzi do toa-'lety, bo a nuż bym się potknęła.
– Nie bądź śmieszna. Armande się roześmiała.
– Moja kochana, w tym wieku mogę być taka, jaka tylko chcę być. Śmieszna też, jeżeli tak mi się podoba. Jestem dość stara, żeby wszystko mi uchodziło.
– Teraz zachowujesz się jak dziecko. – Caro się dąsa. -Les Mimosas to doskonały, bardzo ekskluzywny dom spokojnej starości, mogłabyś tam rozmawiać z ludźmi z twojego pokolenia, jeździć na wycieczki, mieć życie zorganizowane…
– To brzmi wprost cudownie. – Armande nadal kołysze się leniwie w fotelu.
Caro odwraca się do doktora, który stoi niezręcznie u jej boku – nieznany mi szczupły człowiek, wyraźnie zażenowany tym, że w ogóle tu się teraz znalazł, jak nieśmiały młodzieniaszek na orgii.
– Simon, powiedz jej.
– Hmm… nie jestem pewny, czy rzeczywiście to moja…
– Simon zgadza się ze mną – przerwała mu Caro. -W twoim stanie i w twoim wieku po prostu nie możesz dalej mieszkać tutaj sama. No przecież w każdej chwili mogłabyś…
– Tak, madame Yoizin – odezwała się Joline ciepło i rozsądnie – Chyba powinna pani rozważyć argumenty Caro… to znaczy, oczywiście pani nie chce utracić swojej niezależności, jednak dla własnego dobra…
Armande ma oczy bystre, inteligentne i szorstkie teraz jak papier ścierny. Wlepia je w Joline przez chwilę w milczeniu. Joline się najeża, odwraca wzrok zarumieniona.
– Chcę, żebyście stąd wyszli – mówi Armande łagodnie. – Wszyscy.
– Ależ, maman…
– Wszyscy – powtarza Armande stanowczo. – Dam temu szarlatanowi tutaj dwie minuty sam na sam ze mną… I chyba muszę panu przypomnieć, monsieur Cussonnet, tę waszą przysięgę Hipokratesa… Kiedy z nim skończę, niech was tu, myszołowy, nie będzie. – Próbuje wstać, dźwiga się z trudem z fotela. Biorę ją pod rękę, żeby podtrzymać, a ona uśmiecha się cierpko, złośliwie. – Dziękuję, Yianne. I tobie także… – zwraca się do Roux jeszcze stojącego w drugim końcu pokoju, jakiegoś zszarzałego, obojętnego. – Po rozmowie z doktorem chcę porozmawiać z tobą. Więc ty nie odchodź.
– Z kim? Ze mną? – pyta Roux niespokojnie. Caro spogląda na niego z nieukrywaną pogardą.
– Myślę, maman, że w takiej chwili rodzina powinna być…
– Jeżeli będziesz mi potrzebna, wiem, gdzie cię szukać – mówi Armande. – Na razie chcę załatwić pewne sprawy. Caro dłużej patrzy na Roux.
– Och. – Ta monosylaba jest oślizgła od antypatii. -Sprawy?
Wodzi po nim wzrokiem od głów do stóp i widzę jego reakcję. Ten sam odruch, jaki widziałam przedtem u Josephine – zesztywnienie, lekkie zgarbienie ramion, wbicie rąk w kieszenie, żeby się zmniejszyć, jak gdyby będąc pod ostrzałem. Taki demaskujący wzrok ujawnia każdy feler. Przez sekundę Roux widzi siebie oczami Caro -
jest nieokrzesany, brudny. Przewrotnie czyni jej zadość. Warczy:
– Co pani sobie myśli, do cholery! Musi pani się na mnie gapić?
Teraz ona się wzdryga i cofa. Armande uśmiecha się szeroko.
– Do widzenia – mówi. -I dziękuję.
Caro wychodzi za mną wyraźnie rozżalona. W rozterce między ciekawością i niechęcią do rozmowy ze mną jest zarazem towarzyska i protekcjonalna. Opowiadam jej rzeczowo wszystko tak, jak było, nie komentuję. Reynaud przysłuchuje się z twarzą bez wyrazu, przybrał tę jedną ze swoich masek. Georges usiłuje być dyplomatą. Uśmiechnięty potulnie, prawi jakieś banały.
Nikt mi nie zaproponował, żebym zabrała się z nimi samochodem.
