Miecz Anio??w
Miecz Anio??w читать книгу онлайн
Opowie?c o Mordimerze Madderdinie, inkwizytorze, kt?ry nie waha si? zadawa? pyta? i d??y? do odkrycia prawdy o otaczaj?cym go ?wiecie.
?wiecie pe?nym intryg i z?a. ?wiecie, w kt?rym ludziom zagra?aj? demony, czarownicy oraz wyznawcy mrocznych kult?w. ?wiecie, kt?rego si?? nap?dow? s? nienawi??, chciwo?? oraz ??dza. Do tego w?a?nie uniwersum Mordimer Madderdin niesie ?agiew Boskiej mi?o?ci…
OTO ?WIAT, w kt?rym Chrystus zst?pi? z krzy?a i surowo ukara? swych prze?ladowc?w. ?wiat gdzie s?owa modlitwy brzmi?: "i daj nam si??, by?my nie przebaczali naszym winowajcom". ?wiat, w kt?rym "nasz Pan i jego Aposto?owie wyr?n?li w pie? p?? Jerozolim". OTO ON: inkwizytor i S?uga Bo?y. Cz?owiek g??bokiej wiary.
Внимание! Книга может содержать контент только для совершеннолетних. Для несовершеннолетних чтение данного контента СТРОГО ЗАПРЕЩЕНО! Если в книге присутствует наличие пропаганды ЛГБТ и другого, запрещенного контента - просьба написать на почту [email protected] для удаления материала
– Przedstawcie mnie, jeśli łaska – poprosiłem cicho.
Ritter uśmiechnął się nieco kpiąco i skinął głową. Podeszliśmy do sceny i wdrapaliśmy się na nią po stromych, nieheblowanych stopniach. Pisarz podszedł do Ilony, a ona objęła go serdecznie i ucałowała w policzek. Kątem oka zauważyłem, jak Ulrick Loebe krzywi się jeszcze bardziej.
– Słońce moje, to było cudowne… – rzekł Ritter z emfazą i wykonał głęboki, teatralny pokłon.
Dostrzegłem, że Johann Schwimmer cofnął się o krok i patrzył w naszą stronę takim wzrokiem, że powinien wybrać się ze starym Loebe na piwo, gdyż pasowali do siebie niczym ukochani bracia bliźniacy.
– Heinz, jak zwykle uroczy – powiedziała z uśmiechem i pogłaskała go po ramieniu. – Ale ja się przecież tylko uczę od najlepszych. A poza tym nie można nie recytować tych strof, nie oddając im całego serca…
Zawsze wydawało mi się, że sformułowanie „pokraśniał z dumy” jest tylko przenośnią, ale cóż… Ritter naprawdę pokraśniał z dumy. Jak niewiele trzeba do szczęścia pisarzowi, pomyślałem.
– Przedstawisz mi swego przyjaciela? – Przeniosła na mnie wzrok i dopiero teraz spostrzegłem, że jej wykrojone na kształt migdałów oczy są tak błękitne, jak górskie jezioro rozjaśnione promieniami południowego słońca. Otrząsnąłem się. Oczywiście tylko w myślach.
– Mordimer Madderdin. – Skłoniłem się lekko. – Inkwizytor Jego Ekscelencji biskupa Hez-hezronu.
– Jesteście tu… służbowo? – spytała, a uśmiech na jej ustach i w jej oczach zgasł.
– Na miecz Pana, nie! – powiedziałem szybko. – Ale to pytanie słyszę aż nazbyt często, czasami jeszcze poprzedzane słowami: „mam nadzieję, że nie”.
Niestety, uśmiech nie powrócił już na jej usta.
– Miło było pana poznać, mistrzu Madderdin. – Pochyliła lekko głowę. – Wybaczcie, panowie, muszę wracać do ojca.
Powiodłem za nią spojrzeniem, kiedy odchodziła. Miała tak wąską kibić, że zastanawiałem się, czy zdołałbym ją objąć dłońmi.
– Jeśli liczyliście na chwilę rozmowy, nie warto było kłuć w oczy swą profesją – mruknął Ritter.
Obróciłem się w jego stronę.
– Nie wstydzę się tego, co robię – rzekłem ostro. – I nie sądzę też, by ratowanie ludzi przed złem było czymś nagannym. Służę prawu oraz sprawiedliwości, tak jak je pojmuję mym wątłym umysłem.
– Nie wiem, czy rozumiecie – powiedział, pochylając się w moją stronę i ściszając głos, jakby zdradzał mi tajemnicę. – Ale kaganek miłości ciężko odpalić od bierwion stosu…
Wzruszyłem tylko ramionami, gdyż stanowczo pozwalał sobie na zbyt wiele. Ku mojemu ubolewaniu, profesję inkwizytora powszechnie kojarzono ze stosami, a przecież błogosławiona śmierć grzesznika w płomieniach była jedynie zwieńczeniem naszej żmudnej pracy. Poza tym w dzisiejszych czasach stosy nie płonęły już tak często jak niegdyś, kiedy to pod wpływem żaru inkwizytorskich serc wyludniały się całe miasta. Dalecy już byliśmy od okresu błędów i wypaczeń, a każdy przypadek staraliśmy się badać z miłą sercu Pana pieczołowitością.
Oczywiście, byli wśród nas i tacy, którzy wszędzie węszyli sprawki szatana. Co zresztą nie było jeszcze problemem. Problemem stawało się wtedy, kiedy wiedząc, że mają do czynienia jedynie z kryminalnymi przestępstwami, starali się je ubrać w kubrak herezji lub czarnoksięstwa.
Tacy ludzie tylko hańbili dobre imię Świętego Officjum. Chyba że, rzecz jasna, przyświecał im poważniejszy cel niż jedynie wykazanie się przed zwierzchnością lub zyskanie złudnej władzy nad bliźnimi. Sam musiałem kilka razy w życiu nagiąć prawo, lecz czyniłem tak z myślą o idei, która ważniejsza jest niż wszelkie przepisy ukute przez ludzi. Bowiem Pan, w swej niezmierzonej mądrości, rozliczać nas będzie z tego, jak służyliśmy Jego chwale, a nie jak pilnie studiowaliśmy prawnicze kodeksy. Zresztą grzeszni oraz winni byliśmy wszyscy i pytaniem były tylko czas i wymiar kary. Tak powiedział niegdyś mój Anioł, a ja nie miałem powodów, by nie wierzyć jego słowom.
– Witaj, Ritter. – Młodzieniec zakochany w Ilonie nie miał już co prawda wysuniętego przed zęby języka, ale nadal wyglądał dość głupawo. – Kogóż to przyprowadziłeś?
– Mordimer Madderdin, inkwizytor – burknąłem zły, że przerwał mi chwilę zadumy. – I nie jestem tu służbowo, jeśli takie miało być wasze następne pytanie.
– Inkwizytor? – zdziwił się. – Czy jesteście tu… Ano tak, powiedzieliście przecież… – Pochylił głowę, by pokryć zakłopotanie.
Przyjrzałem mu się uważnie, gdyż przedtem moja uwaga koncentrowała się głównie na pięknej aktorce. Johann Schwimmer był bardzo wysokim młodzieńcem, niemal o głowę wyższym ode mnie, ale chodził i stał, garbiąc mocno ramiona. Miał jasne włosy, ścięte równiutko tuż nad brwiami, oraz perkaty nos i za szerokie usta, co nadawało mu wygląd wioskowego przygłupa. Zauważyłem również, że ma krótkie, wygryzione paznokcie i świeże ranki na opuszkach palców. Ha, wymarzony kandydat dla Ilony, pomyślałem z jakąś dziwną dla mnie samego satysfakcją.
– Zobacz, co tam z rekwizytami – rozkazał Ritter. – Podobno pękł miecz Fabiana. Zajmij się tym.
– Już się robi – odparł Johann bez entuzjazmu i zniknął za kotarą oddzielającą zaplecze od sceny.
– On nie jest aktorem? – zapytałem.
– Boże mój, oczywiście, że nie. – Ritter niemal się przestraszył. – Nasz młody Fabian znowu zapił ryja z jakimiś dziwkami, a Ilona twierdzi, że nie potrafi grać do pustego powietrza…
– Więc Schwimmer zgłosił się na ochotnika. Typ człowieka, który lubi sobie dłubać w ranie, co? – Uśmiechnąłem się.
– Ot, prawda. Chcecie poznać starego?
Spojrzałem kątem oka w stronę Ulricka Loebe, który troskliwie otulał córkę płaszczem. Świadczyło to o nim jak najlepiej, a ja lubiłem ludzi potrafiących dbać o długoterminowe inwestycje.
– Darujmy sobie – odparłem.
– Ech, Loebe wybrzydza i wybrzydza, a dziewka wszak z latami nie młodnieje…
– Wybrzydza? – zapytałem.
– Ano tak. Ilonie trafiały się już naprawdę niezgorsze partie. Pan de Valettries. – Ritter zagiął wskazujący palec prawej dłoni. – Sekretarz księcia Leonu i ponoć prawy szlachcic. Hubert Gottschalk, trzeci syn barona Gottschalk, Giovanni Pompello, bękart kardynała Santini… No, że wymienię tylko tych znaczniejszych.
– I stary nic? – mruknąłem. – Na co on czeka? Na księcia z bajki?
– W końcu dziewczyna da pierwszemu lepszemu, zbrzuchacieje i tyle będzie miał ze swojego przebierania. – Wzruszył ramionami Ritter. – No, nie życzę jej tego – zastrzegł od razu i nie wyczułem w jego głosie fałszu. – Ale sami wiecie, jak jest… No dobrze, siądźcie sobie i oglądajcie. Przećwiczymy jeszcze kilka scen, a potem możemy zrobić to samo, co Fabian. – Mrugnął do mnie lewym okiem i przyczesał bródkę gestem, który w jego mniemaniu zapewne miał być lubieżny. – Kuffelberg stawia, bo niewielu wśród nas jest takich, co śmierdzą groszem, ale jemu akurat się poszczęściło.
Westchnąłem i usiadłem tak, jak mnie prosił, gdyż nie miałem planów na dzisiejsze popołudnie, a upicie się w towarzystwie Rittera oraz zabawa z dziwkami nie wydawały się najgorszym pomysłem na nieciekawie zapowiadający się wieczór. Co prawda w domu mojej ulubionej Tamili miałem już dość nieprzyzwoicie wysoki dług, ale liczyłem na to, że nie będzie się opierała przed dopisaniem do rachunku kolejnej sumy. Zwłaszcza, że przecież zawsze w końcu spłacałem długi. Doskonale wiedziała o tym Lonna – poprzedniczka Tamili – chociaż z uwagi na pewne pożałowania godne wypadki, od dawna już nie miała z kim dzielić się tą wiedzą.
Zapewne mógłbym mieszkać w bardziej wykwintnej kwaterze. W końcu obecność inkwizytora jest dla każdego właściciela gospody również pewnym zabezpieczeniem. Ot, zapewnieniem nieco większej szansy, że goście nie pozarzynają się nawzajem albo nie zrujnują samego domu. Oczywiście pod warunkiem, że będą na tyle trzeźwi, by jeszcze czegokolwiek i kogokolwiek się bać. Ale jakoś przyzwyczaiłem się do karczmy „Pod Bykiem i Ogierem” oraz jej właściciela – Korfisa, z którym mieliśmy niegdyś nieprzyjemność uczestniczyć w bitwie pod Schengen. Zresztą uciekanie po lasach i bagnach ciężko nazwać bitwą, gdyż jedyne, co pamiętam z tej zawieruchy, to wyłaniającą się z mgły cesarską ciężką kawalerię. A potem już tylko uciekaliśmy. I mimo że były to dawne dzieje, jednak my, którzy przeżyliśmy tę rzeź, darzyliśmy się wzajemnym szacunkiem. Nie raz i nie dwa właściciele innych zajazdów proponowali mi pokój, ale jakoś nie miałem serca wyprowadzać się od Korfisa. Co prawda miał zwyczaj chrzczenia wina (i tak dla waszego uniżonego sługi proporcje wody i trunku były nieco bardziej strawne) oraz dopominania się o zaległe rachunki, ale jakoś jednak znajdowaliśmy wspólny język.
Tego popołudnia leżałem na łóżku i czytałem właśnie ostatni pamflet wydany przez mistrza Maktoberta, w którym to pamflecie naigrawano się z pewnej nie słynącej z surowych obyczajów, a dobrze urodzonej i majętnej damy, przyłapanej z gachem. Podobno pamflet został wydany na koszt męża owej kobiety i pomyślałem sobie, że ludzie znajdują przedziwne sposoby, aby wszystkim wokół donieść o własnej hańbie. Lekturę przerwało mi skrzypnięcie schodka prowadzącego do pokoju, a zaraz potem, zgodnie z przewidywaniami, usłyszałem szybkie i głośne stukanie.
– Wejść – rozkazałem i odłożyłem książkę na podłogę. Z satysfakcją, bo udało mi się zabić spacerującego w szparze pomiędzy deskami wyjątkowo dorodnego karalucha.
Drzwi zaskrzypiały (pomyślałem, że będę musiał kazać Korfisowi, by naoliwił zawiasy) i do środka wszedł mężczyzna, którego twarz wydała mi się znajoma. Nie mam, niestety, niezwykłej pamięci mego przyjaciela Kostucha, a być może również suto zakrapiana poprzedniego dnia kolacja pozbawiła mnie właściwej bystrości spojrzenia oraz zdolności kojarzenia faktów.
Przybysz był starszym, otyłym mężczyzną, ubranym w czarny, haftowany złotem kaftan, a na tłustych palcach ujrzałem szczególnie ponętnie błyszczące pierścienie. Twarz okalała mu przystrzyżona w kwadrat broda i dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że właśnie ta broda mnie zmyliła. Bowiem kiedy widziałem go niespełna miesiąc wcześniej, miał gładko wygolone policzki. Stał przede mną nikt inny jak ojciec pięknej Ilony – Ulrick Loebe. Czego mógł szukać bogaty kupiec w kwaterze skromnego inkwizytora? Ha, tego, czego jemu podobni zawsze szukają! Rozwiązania kłopotów, w które najczęściej wpędziła ich własna głupota. Ciekaw byłem, czy mam rację i tym razem.