W slusznej sprawie

На нашем литературном портале можно бесплатно читать книгу W slusznej sprawie, Katzenbach John-- . Жанр: Триллеры. Онлайн библиотека дает возможность прочитать весь текст и даже без регистрации и СМС подтверждения на нашем литературном портале bazaknig.info.
W slusznej sprawie
Название: W slusznej sprawie
Автор: Katzenbach John
Дата добавления: 16 январь 2020
Количество просмотров: 449
Читать онлайн

W slusznej sprawie читать книгу онлайн

W slusznej sprawie - читать бесплатно онлайн , автор Katzenbach John

Miami. Znany reporter Matthew Cowart dostaje list z wi?zienia stanowego. Robert Fergusson czeka w celi ?mierci na wykonanie wyroku, twierdzi jednak, ?e nie pope?ni? morderstwa, za kt?re zosta? skazany. Cowart postanawia zaj?? si? t? spraw?. Nie przypuszcza, ?e jego sensacyjny reporta? uruchomi pot??ny mechanizm mistyfikacji i zbrodni…

Внимание! Книга может содержать контент только для совершеннолетних. Для несовершеннолетних чтение данного контента СТРОГО ЗАПРЕЩЕНО! Если в книге присутствует наличие пропаганды ЛГБТ и другого, запрещенного контента - просьба написать на почту [email protected] для удаления материала

1 ... 73 74 75 76 77 78 79 80 81 ... 137 ВПЕРЕД
Перейти на страницу:

Cowart machnął ręką, jakby chciał powiedzieć, że detektyw mówi prawdy oczywiste.

– Nagroda. Reputacja. Przyszłość. Dużo do stracenia. Pewnie wolałbyś, żeby to wszystko po prostu zniknęło, co, Cowart?

– Nie zniknie – odpowiedział cicho.

– Nie, nie zniknie, prawda? Może na wiele spraw możesz przymykać oczy, ale nie uda ci się wymazać z pamięci obrazu tej małej dziewczynki, zimnej i ociekającej brudną wodą z bagna, co, Cowart? Bez względu na to, jak mocno będziesz zaciskał powieki.

– To prawda.

– I dlatego ty też masz dług, co, panie Cowart?

– Na to wygląda.

– Naprawić to, co się spieprzyło. Wyprostować skrzywiony porządek świata.

Cowart nie musiał odpowiadać. Uśmiechnął się tylko smutno i pociągnął kolejny, długi łyk. Wskazał Brownowi jego fotel. Detektyw przysiadł, ale pozostał na brzeżku siedzenia, cały napięty, jakby gotując się do skoku.

– Dobra – zaczął dziennikarz. – Ty jesteś detektywem. Co byś zrobił najpierw? Przejechał się zobaczyć z Bobbym Earlem?

Brown zastanowił się chwilę.

– Może. A może nie. Lis może umknąć z sideł, jeżeli nie zastawi się ich tak, jak trzeba.

– Jeżeli mamy w ogóle jakieś sidła. I jeśli on jest lisem.

– No cóż – rzekł z namysłem Brown – Sullivan powiedział parę rzeczy, które można sprawdzić na miejscu w Pachouli. Może trzeba będzie jeszcze raz porozmawiać z jego babcią i trochę się u niej rozejrzeć. Sullivan mówił, że coś przegapiliśmy. Zobaczmy, czy przynajmniej na ten temat mówił prawdę. Może od tego zaczniemy dochodzić, co jest prawdą, a co nie.

Cowart powoli pokręcił głową.

– Wszystko to niby racja. Tylko nawet jeżeli tam wejdziemy, a na czołowym miejscu nad kominkiem będą wisiały plakatowe zdjęcia Fergusona popełniającego tamto morderstwo, i tak nam to w niczym nie pomoże… – Wycelował palec w Tanny’ego Browna. – On jest po prostu nie do ruszenia. Przynajmniej legalnymi metodami. Wiesz dobrze, że nie uda ci się nigdy sklecić przeciwko niemu sprawy. Nigdy, przenigdy. Szczególnie po tym całym brudzie związanym z wymuszonym przyznaniem się i tak dalej. Żaden sąd na to już nie pójdzie. – Cowart wziął głęboki oddech. -… I jeszcze jedno. Kiedy się tam znowu nagle zjawimy, jego babka będzie wiedziała, że coś się zmieniło. A gdy tylko ona się dowie, on też będzie wiedział.

Brown skinął głową, ale rzekł szorstko:

– Tak czy inaczej chcę znać odpowiedź.

– Ja też – przyznał Cowart. – Ale ta sprawa z Monroe. Jeżeli on to faktycznie zrobił, mówię tylko jeżeli, jeżeli tak, mógłbyś go za to posadzić. – Przerwał, a po chwili się poprawił: – Moglibyśmy go posadzić. Ty i ja.

– I to by niby wszystko naprawiło? Wsadzić go z powrotem do celi śmierci, oczyścić sumienie? Tak myślisz?

– Być może. Mam taką nadzieję.

– Nadzieja – stwierdził cierpko detektyw – jest czymś, na co nigdy przesadnie nie stawiałem. Tak samo jak szczęście i modlitwy. Zresztą – mówił dalej, kręcąc głową – znowu ten sam problem. Jeden facet z nieprzeciętną skłonnością do kłamstwa mówi, że zawarł pewien układ. Ale jedyny dowód jego zawarcia jest martwy w Monroe. Więc co, sądzisz, że znajdziemy jakąś broń u Bobby’ego Earla? Może używał karty kredytowej, kupując bilet na samolot albo wypożyczając samochód, specjalnie po to, żebyśmy mogli trafić tam na jego ślad w dniu morderstwa? Myślisz, że paradował ulicami, żeby ktoś go tam zobaczył? A może gadał na prawo i lewo o tym, co będzie robił w nocy? Myślisz, że był na tyle głupi, żeby zostawić odciski palców, swoje włosy albo jakiś inny dowód, czytelny dla medyków sądowych, który teraz wręczą ci ochoczo nasi drodzy przyjaciele z departamentu szeryfa w Monroe, nie zadając przy tym żadnych kłopotliwych pytań? Sądzisz, że nie nauczył się dosyć za pierwszym razem, żeby teraz zrobić to czysto?

– Nie wiem. Nie wiem nawet, czy to w ogóle zrobił.

– Jeżeli nie on, to kto, do cholery? Uważasz, że Blair Sullivan dobił jeszcze paru innych targów w więzieniu?

– Wiem tylko jedno. Dobijanie targów, gierki umysłowe, manipulacja – on właśnie po to żył.

– I dlatego umarł.

– To prawda. Może to był jego ostatni targ.

Brown odprężył się w fotelu. Podniósł rewolwer i zaczął się nim bawić, gładząc chłodną, niebieską stal.

– I trzymaj się tego, panie Cowart. Trzymaj się tej obiektywności. Bez względu na to, jak głupio miałbyś przez to wyglądać.

Cowart poczuł nagły przypływ gniewu.

– Nie tak głupio jak ktoś, kto wybija zeznanie z faceta podejrzanego o morderstwo, pomagając mu urwać się z haczyka.

W pokoju zaległa krótka cisza, którą przerwał detektyw.

– I jest tam taki fragment na tej kasecie, kiedy Sullivan mówi: „… Ktoś dokładnie taki jak ja…”- Spojrzał twardo na dziennikarza. – Nie zrobiło się wtedy panu zimno, panie Cowart? Jak pan sądzi, co to mogło znaczyć? – Detektyw mówił przez mocno zaciśnięte zęby. – Nie uważa pan, że jest to pytanie, na które powinniśmy sobie odpowiedzieć?

– Tak – odparł Cowart z goryczą.

Raz jeszcze wchłonęła ich cisza.

– W porządku – odezwał się Cowart. – Masz rację. Bierzemy się za to. – Spojrzał spod oka na policjanta. – Umowa stoi?

– Jaka umowa?

– Nie wiem.

Brown skinął głową.

– W takim przypadku sądzę, że tak – odparł. Obaj mężczyźni popatrzyli na siebie. Żaden nie wierzył drugiemu nawet przez chwilę. Każdy z nich musiał dowiedzieć się, jak wyglądała prawda o tym, co się stało. Problem, o czym obaj wiedzieli, polegał jednak na tym, że każdy z nich potrzebował innej prawdy.

– A co z detektywami z Monroe? – spytał Cowart.

– Nie przeszkadzajmy im w pracy. Przynajmniej na razie. Sam muszę najpierw zobaczyć, co się tam naprawdę stało.

– Na pewno tu wrócą. Sądzę, że jestem w tej chwili ich jedyną nadzieją w związku z tą sprawą.

– Wtedy będziemy się martwić. Ale myślę, że pojadą do więzienia. Tak przynajmniej ja bym zrobił, będąc na ich miejscu. – Wskazał palcem taśmę. – I gdybym nie wiedział o tym.

Reporter przytaknął.

– Parę minut temu zarzucałeś mi złamanie prawa.

Brown wstał i rzucił dziennikarzowi surowe spojrzenie. Cowart odpowiedział mu podobnym.

– Zanim to się skończy, jeszcze ładnych kilka praw może zostać złamanych – powiedział cicho policjant.

Rozdział piętnasty

WYBIJAJĄC Z TŁA

Upał zdawał się powlekać przestrzeń pomiędzy bladoniebieskim oceanem a niebem. Trzymał ich w kleistym uścisku, prawie uniemożliwiającym oddychanie. Obaj dość zmęczeni szli powoli, pogrążeni we własnych myślach, kopiąc od czasu do czasu grudki szarobiałego pyłu, rozgniatając przypadkowe muszelki i fragmenty koralowca, wysypane na Tarpon Drive. Żaden z nich nie myślał o drugim jak o sprzymierzeńcu; po prostu obaj byli zaangażowani w tę samą sprawę, która wymagała ich obecności, a najbezpieczniej było trzymać się razem. Cowart zaparkował samochód przed domem, w którym przedtem znalazł ciała. Uzbrojeni w zdjęcie Fergusona, „wypożyczone” z fotobiblioteki „Journala”, zaczęli chodzić od drzwi do drzwi.

Przed wizytą w trzecim z kolei domu mieli już opracowaną taktykę: Tanny Brown błyskał swoją odznaką, a Matthew Cowart przedstawiał się, po czym podtykając właścicielowi zdjęcie pod nos zadawali tylko jedno pytanie: Czy widział pan już kiedyś tego człowieka?

Młoda matka w lekkiej żółtej podomce, z blond lokami opadającymi na spocone czoło, uspokoiła płaczące dziecko, spojrzała na zdjęcie i pokręciła głową. Dwóch nastolatków dłubiących coś w rozmontowanym silniku przy wejściu na następne podwórko studiowało fotografię z poświęceniem niespotykanym na żadnej lekcji, niestety z takim samym skutkiem. Ogromny, zalatujący piwem mężczyzna w poplamionych olejem dżinsach i drelichowym bezrękawniku, z naszywką MOTOCYKLE HARLEY-DAVIDSON na piersi, wcale nie chciał z nimi rozmawiać: „Nie gadam z glinami i pismakami. W ogóle nie widziałem nic, o czym bym chciał gadać”. Zamknął im drzwi przed nosem, pozostało tylko brzęczenie aluminiowej framugi w upalnym powietrzu.

1 ... 73 74 75 76 77 78 79 80 81 ... 137 ВПЕРЕД
Перейти на страницу:
Комментариев (0)
название