Czerwony Smok

На нашем литературном портале можно бесплатно читать книгу Czerwony Smok, Harris Thomas-- . Жанр: Триллеры. Онлайн библиотека дает возможность прочитать весь текст и даже без регистрации и СМС подтверждения на нашем литературном портале bazaknig.info.
Czerwony Smok
Название: Czerwony Smok
Автор: Harris Thomas
Дата добавления: 16 январь 2020
Количество просмотров: 499
Читать онлайн

Czerwony Smok читать книгу онлайн

Czerwony Smok - читать бесплатно онлайн , автор Harris Thomas

By?y pracownik FBI Will Graham, znany ze swoich sukces?w w tropieniu seryjnych morderc?w, powraca do czynnej s?u?by, aby dopom?c policji schwyta? maniakalnego zab?jc? kilku rodzin. Tymczasem tajemniczy zbrodniarz, pewny swojej bezkarno?ci, wysy?a prowadz?cym ?ledztwo listy podpisane "Czerwony smok"…

Ksi??ka jest napisana bardzo ciekawie, gdy? Harris nie d??y do opisywania krwawych scen tylko zag??bia si? nad psychik? ludzk?, nad tym co nami kieruje, jaki wp?yw na nasze ?ycie ma dzieci?stwo. Jak bardzo ludzie mog? by? pozbawieni wyrzut?w sumienia, skrupu??w. Czy je?li kto? wyci?gnie do nas pomocn? d?o? to si? opanujemy? nawr?cimy? a mo?e ju? jest za p??no. Dzi?ki tej ksi??ce mo?emy pozna? z?o: wyrafinowane, brutalne, piekielnie inteligentne i okrutne. A posta? Doktora smakuje wybitnie – fascynuje, zadziwia.

Внимание! Книга может содержать контент только для совершеннолетних. Для несовершеннолетних чтение данного контента СТРОГО ЗАПРЕЩЕНО! Если в книге присутствует наличие пропаганды ЛГБТ и другого, запрещенного контента - просьба написать на почту [email protected] для удаления материала

1 ... 67 68 69 70 71 72 73 74 75 ... 77 ВПЕРЕД
Перейти на страницу:

Ostrożnie, powoli usiadła na łóżku. Zagraj swoją najlepszą kartę.

– Nie sądziłam, że ci tak bardzo na mnie zależy, D. Cieszę się z tego, ale widzisz, trochę mnie przestraszyłeś.

Bez odpowiedzi. Wiedziała, że nie wyszedł z pokoju.

– Czy to ten stary dureń Ralph Mandy tak cię rozwścieczył? Widziałeś go pod moim domem? To o to chodzi, tak? Właśnie mówiłam mu, że nie chcę się z nim więcej spotykać. Bo chcę się widywać z tobą. Już nigdy się z nim nie zobaczę.

– Ralph umarł – odezwał się Dolarhyde. – Chyba nie był tym zachwycony.

Fantazjuje. Chryste Panie, mam nadzieję, że on to wszystko zmyśla.

– Nigdy cię nie zraniłam, D. Nie miałam takiego zamiaru. Bądźmy po prostu przyjaciółmi, pieprzmy się i zabawiajmy. Zapomnijmy o wszystkim.

– Zamknij się – powiedział spokojnie. – Coś ci powiem. Nigdy nie słyszałaś nic równie ważnego. To ważne jak kazanie na górze Synaj. Jak dziesięć przykazań. Rozumiesz?

– Tak, D. Ja…

– Zamknij się, Reba. W Birmingham i Atlancie miały miejsce niezwykle istotne wydarzenia. Wiesz, o czym mówię?

Pokręciła głową.

– W telewizji ciągle o tym trąbią. Dwie rodziny zostały przemienione, Leedsowie i Jacobi. Policja uważa, że ich zamordowano. Teraz już wiesz?

Już miała pokręcić głową, gdy nagle skojarzyła wszystko i przytaknęła.

– Czy wiesz, jak nazywają Istotę, która odwiedziła tych ludzi? Powiedz.

– Szczerbata…

Dłoń zamknięta jej usta, wytłumiła dźwięk.

– Zastanów się dobrze i odpowiedz prawidłowo.

– To jakiś smok. Smok… Czerwony Smok. Był teraz blisko. Czuła na twarzy jego oddech.

– TO JA JESTEM SMOKIEM.

Szarpnęła się, odepchnięta siłą i potwornym brzmieniem jego głosu i uderzyła o wezgłowie łóżka.

– Smok ciebie pragnie, Reba. Zawsze cię pragnął. Nie chciałem Mu cię oddawać. Zrobiłem dziś coś, żeby cię nie mógł dostać. I pomyliłem się.

To był D., znów mogła mówić z D.

– Proszę cię. Proszę, nie oddawaj mnie. Ty mnie nie oddasz, nie oddałbyś mnie za nic, bo jestem tylko twoja. Zatrzymaj mnie dla siebie. Lubisz mnie przecież, wiem o tym.

– Jeszcze się nie zdecydowałem. Może nie zdołam Mu się przeciwstawić i będę cię musiał oddać. Nie wiem. Zobaczę, czy zrobisz, co ci każę. Zrobisz to? Mogę na tobie polegać?

– Postaram się. Naprawdę się postaram. Ale nie strasz mnie tak, bo nie dam rady.

– Wstań, Reba. Stań koło łóżka. Wiesz, w której części pokoju się znajdujesz?

Skinęła głową.

– Wiesz, w której części domu, prawda? Obeszłaś cały dom, jak spałem.

– Spałeś?

– Nie udawaj głupiej. Spędziliśmy tu przecież noc. Chodziłaś po domu, prawda? Czy znalazłaś tu coś dziwnego? Zabrałaś to może i pokazywałaś komuś? Zrobiłaś to?

– Ja tylko wyszłam na dwór. Ty spałeś, a ja wyszłam na dwór. Przysięgam.

– Wobec tego wiesz, gdzie są drzwi wyjściowe, tak? Przytaknęła.

– Reba, dotknij mojej piersi. Podnieś ręce powoli. Spróbować wydrapać mu oczy?

Kciukiem i palcami delikatnie objął jej szyję na wysokości krtani.

– Nie próbuj tego, o czym myślisz, bo ścisnę. Po prostu dotknij mojej piersi. Pod samym gardłem. Czujesz ten klucz na łańcuchu? Zdejmij mi go przez głowę. Ostrożnie… o tak. A teraz przekonam się, czy mogę ci ufać. Idź zamknąć drzwi na klucz i przynieś mi go z powrotem. No, idź. Poczekam tutaj. Ale nie próbuj uciekać. Nie masz szans.

Trzymała klucz na dłoni, a łańcuch uderzał ją po udzie. W butach odszukanie drogi było o wiele trudniejsze, ale nie zdjęła ich. Pomagało jej tykanie zegara.

Dywan, podłoga i znowu dywan. Duża kanapa. Skręć w prawo.

Czego najlepiej spróbować? Czego? Wrócić i próbować go oszukać czy brać nogi za pas? Czy innym udało się go nabrać? Oddychała tak głęboko, że zakręciło jej się w głowie. Nie mdlej. Nie umieraj.

Wszystko zależy od tego, czy drzwi są otwarte. Sprawdź, gdzie on jest.

– Dobrze idę? – spytała, choć świetnie wiedziała, że tak.

– Jeszcze jakieś pięć kroków.

W porządku, głos dochodził z sypialni.

Poczuła powiew na twarzy. Drzwi były uchylone. Starała się trzymać dokładnie na linii drzwi i głosu w sypialni. Wsunęła klucz do dziurki pod klamką. Od zewnątrz.

Teraz! Przez drzwi, zatrzasnąć je i przekręcić klucz. Na dół, po rampie, bez laski, próbując sobie przypomnieć, gdzie stoi furgonetka, biegiem. Biegiem. Wpada w coś – krzaki – krzyczy. Krzyczy: „Ratunku! Na pomoc! Ratunku, ratunku!" Biegnie po żwirze. W oddali klakson ciężarówki. Więc tam jest autostrada. Szybki chód, coraz szybszy, i bieg; co sił w nogach, skręcając, gdy żwir przechodził w trawę; zygzakiem, ale po alejce.

Za plecami ciężki tupot nóg po żwirze. Schyliła się, podniosła garść kamieni, odczekała, aż będzie całkiem blisko, i rzuciła. Usłyszała, jak kamienie zabębniły po nim.

Odwróciła się, pchnięta w ramię. Wielka ręka pod brodą, na jej szyi, i ściska, ściska, a krew dudni jej w uszach.

Wierzgnęła nogą do tyłu i trafiła go w kostkę. A potem zapadła w coraz głębszą ciszę.

47

W ciągu dwóch godzin skompletowano listę białych pracowników płci męskiej, w wieku od dwudziestu do pięćdziesięciu lat, którzy mieli furgonetki. Zawierała dwadzieścia sześć nazwisk.

Wydział komunikacji stanu Missouri dostarczył danych o kolorze włosów tych ludzi, ale nie traktowano tego jako informacji podstawowej – Smok mógł przecież nosić perukę.

Sekretarka Fiska, panna Trillman, sporządziła kopie tej listy i rozesłała je, gdzie trzeba.

Porucznik Fogel przeglądał listę, gdy rozległ się dzwonek jego radiotelefonu.

Zamienił parę zdań z przełożonymi, po czym zakrył słuchawkę.

– Panie Crawford… to znaczy Jack… Kilka minut temu w miasteczku uniwersyteckim – to prawie w centrum miasta, koło Uniwersytetu Waszyngtona – zastrzelono niejakiego Ralpha Mandy'ego. Biały, trzydzieści osiem lat. Leżał na podwórku przed domem, w którym mieszka niejaka Reba McClane. Sąsiedzi twierdzą, że ona pracuje w Baederze. Drzwi frontowe są otwarte, a jej nie ma w domu.

– Dandridge! – zawołał Crawford. – Reba McClane, znasz taką?

– Pracuje w ciemni. Jest niewidoma. Pochodzi z Colorado.

– A znasz jakiegoś Ralpha Mandy'ego?

– Mandy? – rzekł Dandridge. – Randy Mandy?

– Ralph Mandy. Pracuje u was taki? Lista personelu wykazała, że nie.

– Może to jakiś zbieg okoliczności – powiedział Fogel.

– Może… – mruknął Crawford.

– Mam nadzieję, że Rebie nic się nie stało – wtrąciła się panna Trillman.

– Zna ją pani? – zapytał Graham.

– Rozmawiałyśmy kilka razy.

– A jeśli chodzi o Mandy'ego?

– Nie znam go. Tylko raz widziałem ją w towarzystwie mężczyzny, kiedy wsiadała do furgonetki pana Dolarhyde'a.

– Do furgonetki pana Dolarhydea, panno Trillman? A jakiego koloru jest ta furgonetka?

– Niech się zastanowię… Ciemnobrązowa albo nawet czarna.

– Gdzie pracuje pan Dolarhyde? – zapytał Crawford.

– Jest kierownikiem produkcji – odparł Fisk.

– A gdzie jest jego biuro?

– Na końcu korytarza.

Crawford odwrócił się do Grahama, ale ten już wychodził.

Biuro pana Dolarhydea było zamknięte. Otworzyli je wytrychem dozorcy.

Graham wyciągnął rękę i zapalił światło. Stanął w progu i omiótł wzrokiem wnętrze pokoju. Panował tam niezwykły porządek. Nigdzie nie było widać żadnych przedmiotów osobistych. Na półkach stały jedynie podręczniki techniczne.

Lampa na biurku stała po lewej stronie krzesła, a więc Dolarhyde był praworęczny. Należało czym prędzej znaleźć odcisk lewego kciuka praworęcznego mężczyzny.

– Poszukajmy na notatniku z zaciskiem – rzucił do Crawforda, stojącego za nim w korytarzu. – Powinien otwierać zacisk lewym kciukiem.

Zaczęli przeglądać szuflady, gdy naraz wzrok Grahama przyciągnął terminarz na biurku. Graham przerzucił zabazgrane strony po sobotę, dwudziestego ósmego czerwca, datę zabójstwa Jacobich.

1 ... 67 68 69 70 71 72 73 74 75 ... 77 ВПЕРЕД
Перейти на страницу:
Комментариев (0)
название